Fujifilm X100VI – Czysty geniusz czy tylko internetowy hype?

Powiedzmy to sobie wprost: zakup Fujifilm X100VI dla wielu graniczy z cudem, a cena na poziomie ponad 7 tysięcy złotych za aparat z niewymiennym obiektywem brzmi jak żart. Internet oszalał na punkcie symulacji klisz i retro stylistyki, tworząc wokół tej serii aurę sprzętu, który „sam robi wspaniałe zdjęcia”. Czy X100VI to po prostu najlepiej wypromowany gadżet dla twórców z Instagrama, czy pod tą stylową, aluminiową pokrywą kryje się bezkompromisowe narzędzie fotograficzne warte każdego wydanego grosza? Po kilku tygodniach intensywnego noszenia go w kieszeni kurtki mam już jasną odpowiedź.

Wykonanie i ergonomia

Jeżeli mieliście wcześniej do czynienia z aparatami z serii X100, po wzięciu X100VI do ręki poczujecie się jak w domu. Fujifilm nie zdecydowało się na rewolucję w kwestii wyglądu i na pierwszy rzut oka nowy model do złudzenia przypomina swojego poprzednika. To jednak zdecydowanie nie jest wada. W przypadku tak charakterystycznej konstrukcji zachowanie sprawdzonego wzornictwa ma sporo sensu, zwłaszcza że seria X100 od lat wyróżnia się swoim klasycznym, niemal analogowym charakterem.

Zmiany wizualne są raczej subtelne i dotyczą przede wszystkim detali. Fujifilm konsekwentnie trzyma się stylistyki, która łączy retro wygląd z nowoczesnymi rozwiązaniami technicznymi. Dzięki temu X100VI nadal prezentuje się elegancko i ponadczasowo, a jednocześnie nie sprawia wrażenia sprzętu przestarzałego. To aparat, który równie dobrze wygląda podczas fotograficznego spaceru po mieście, jak i podczas bardziej formalnego wyjazdu czy podróży.

Pierwsze wrażenie po wzięciu aparatu do ręki jest bardzo pozytywne. Jakość wykonania stoi na wysokim poziomie, a solidna, zwarta konstrukcja od razu daje poczucie obcowania ze sprzętem z wyższej półki. Nic tutaj nie sprawia wrażenia przypadkowego czy przesadnie oszczędnego. Pokrętła pracują z odpowiednim oporem, przyciski mają wyraźny skok, a całość jest dobrze spasowana.

X100VI jest przy tym konstrukcją, którą chce się po prostu trzymać w dłoni. Nie próbuje udawać ultralekkiego kompaktu, ale jego stosunkowo niewielkie rozmiary sprawiają, że bez większego problemu można zabrać go ze sobą praktycznie wszędzie. I właśnie w tym tkwi jeden z największych atutów tej serii — aparat nie tylko dobrze wygląda, ale również zachęca do fotografowania. Wystarczy go zabrać ze sobą i ruszyć w drogę.

Pokrętła to nadal jedna z najbardziej charakterystycznych cech aparatów Fujifilm i nie inaczej jest w przypadku X100VI. Producent konsekwentnie stawia na klasyczny sposób obsługi, który może przypominać korzystanie z analogowego aparatu. Zamiast chować najważniejsze ustawienia w menu, Fujifilm pozwala zmieniać wiele z nich bezpośrednio za pomocą fizycznych pokręteł. Dla osób, które lubią mieć kontrolę nad parametrami ekspozycji, jest to rozwiązanie bardzo wygodne.

Na górnej części korpusu znajdziemy dwa najważniejsze pokrętła. Jedno odpowiada za kompensację ekspozycji, natomiast drugie pozwala ustawić czas naświetlania. Co ciekawe, pokrętło czasu migawki można dodatkowo wykorzystać do zmiany wartości ISO. Wymaga to jedynie odpowiedniego uniesienia jego górnej części, co pozwala zachować klasyczny wygląd i jednocześnie daje dostęp do kolejnego ważnego parametru ekspozycji.

Przysłona została natomiast umieszczona bezpośrednio na obiektywie. Pierścień pozwalający na jej zmianę znajduje się dokładnie tam, gdzie można się tego spodziewać po aparacie inspirowanym klasycznymi konstrukcjami. Wszystkie najważniejsze parametry ekspozycji mamy więc dosłownie pod palcami. Nie trzeba za każdym razem zagłębiać się w menu ani odrywać wzroku od fotografowanej sceny.

Co ważne, X100VI bardzo dobrze komunikuje każdą zmianę ustawień. Obracaniu pokręteł towarzyszy charakterystyczne, subtelne kliknięcie, które daje wyraźne potwierdzenie wykonanej operacji. Dzięki temu nie musimy za każdym razem zerkać na ekran, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie zmieniliśmy ustawienia o jeden stopień za daleko. Możemy skupić się na tym, co w aparacie najważniejsze — kadrowaniu i fotografowaniu.

Taki sposób obsługi wymaga wprawdzie odrobiny przyzwyczajenia, szczególnie jeśli wcześniej korzystaliście głównie z aparatów, w których większość ustawień zmienia się elektronicznie. Po kilku dniach trudno jednak nie docenić tego rozwiązania. X100VI sprawia wrażenie aparatu, który zachęca do świadomego fotografowania, a fizyczne pokrętła sprawiają, że zmiana parametrów staje się częścią samego procesu robienia zdjęcia, a nie kolejną pozycją do przeklikania w menu.

Obiektyw nie doczekał się zmian względem poprzednika, ale trudno uznać to za wadę. Zastosowana ogniskowa 23 mm (ekwiwalent 35 mm dla pełnej klatki) doskonale pasuje do charakteru aparatu i sprawia, że jest on niezwykle uniwersalnym narzędziem fotograficznym. Taki kąt widzenia świetnie sprawdza się podczas podróży, fotografii ulicznej czy uwieczniania codziennych sytuacji. Można z powodzeniem wykorzystać go również do portretów, choć w tym przypadku wiele zależy od kadru i oczekiwanego efektu. To ogniskowa, która zachęca do eksperymentowania z perspektywą i pozwala uchwycić zarówno fotografowany obiekt, jak i jego otoczenie.

Na obiektywie znalazł się dodatkowy pierścień sterujący, który można skonfigurować zgodnie z własnymi preferencjami. Domyślnie odpowiada on za cyfrowe przybliżenie, pozwalając szybko zmienić kadr bez konieczności korzystania z menu aparatu. To praktyczne rozwiązanie, szczególnie gdy chcemy sprawnie przejść do innego ujęcia, nie odrywając wzroku od fotografowanej sceny.

Istotną zmianą w porównaniu z poprzednią generacją jest zastosowanie matrycy o rozdzielczości 40 Mpix zamiast 24,1 Mpix. Większa liczba pikseli przekłada się na większe możliwości kadrowania i daje więcej swobody podczas pracy ze zdjęciami. Widać to szczególnie przy korzystaniu z cyfrowych ogniskowych 50 mm i 70 mm, które pozwalają uzyskać ciaśniejszy kadr bez konieczności fizycznej zmiany obiektywu. Przy odpowiednich warunkach oświetleniowych jakość zdjęć pozostaje na dobrym poziomie, a dodatkowa rozdzielczość pomaga zachować więcej szczegółów niż w przypadku poprzednika. To sprawia, że aparat staje się jeszcze bardziej wszechstronny, mimo iż nadal korzysta ze stałoogniskowego obiektywu.

Jedną z najważniejszych cech wyróżniających aparat na tle konkurencji jest hybrydowy wizjer, który trudno znaleźć w podobnej konstrukcji u innych producentów. To rozwiązanie łączy zalety klasycznego wizjera optycznego z możliwościami wizjera elektronicznego, oferując użytkownikowi większą swobodę podczas fotografowania. Co istotne, korzystanie z niego jest nie tylko interesującym doświadczeniem, ale przede wszystkim bardzo wygodnym sposobem kadrowania. To kolejny aparat, przy którym zauważyłem, że znacznie częściej sięgam po wizjer niż po sam ekran LCD.

Wizjer nie znajduje się na osi obiektywu, co początkowo może wymagać przyzwyczajenia. Z czasem okazuje się jednak, że takie umiejscowienie ma swoje zalety. W polu widzenia można dostrzec fragment obiektywu, co pomaga lepiej zorientować się w przestrzeni przed aparatem i zrozumieć relację między fotografowanym obiektem a jego otoczeniem. Dzięki temu łatwiej ocenić kompozycję, świadomie umieścić poszczególne elementy w kadrze i szybciej reagować na zmieniającą się scenę.

To rozwiązanie szczególnie docenią osoby fotografujące na ulicy, gdzie liczy się nie tylko odpowiednie kadrowanie, ale również umiejętność przewidywania tego, co za chwilę wydarzy się przed obiektywem. Hybrydowy wizjer pozwala zachować bardziej bezpośredni kontakt z fotografowaną sceną, a jednocześnie daje dostęp do funkcji, które ułatwiają kontrolowanie parametrów zdjęcia.

W mojej ocenie jest to jedna z tych funkcji, które na papierze mogą wydawać się jedynie ciekawym dodatkiem, ale w praktyce realnie wpływają na sposób korzystania z aparatu. Implementacja jest przemyślana, intuicyjna i nie wymaga długiego przyzwyczajania się. Co więcej, sprawia, że fotografowanie staje się bardziej angażujące, a sam aparat zachęca do częstszego korzystania z wizjera zamiast polegania wyłącznie na ekranie.

W każdej chwili można przełączyć wizjer w tryb elektroniczny, co dodatkowo zwiększa jego funkcjonalność. Zastosowany wyświetlacz OLED zapewnia wyraźny obraz i pozwala wygodnie ocenić kadrowanie jeszcze przed wykonaniem zdjęcia. To również dobry sposób na sprawdzenie efektów symulacji filmowych, ponieważ można na bieżąco obserwować, jak wybrane ustawienia wpływają na wygląd fotografowanej sceny.

Tryb elektroniczny przydaje się także wtedy, gdy zależy nam na dokładniejszym podglądzie obrazu i lepszej kontroli nad ostatecznym efektem. Możliwość szybkiego przełączania między dwoma trybami sprawia, że wizjer można dostosować do konkretnej sytuacji i własnego stylu fotografowania.

Mimo tych zalet sam korzystałem z trybu elektronicznego stosunkowo rzadko. Znacznie bardziej odpowiada mi hybrydowe rozwiązanie, które zapewnia bardziej naturalny kontakt z fotografowaną sceną i pozwala lepiej obserwować otoczenie. Nie oznacza to jednak, że tryb OLED jest zbędny. Wręcz przeciwnie — jego obecność daje dodatkową elastyczność i sprawia, że wizjer aparatu pozostaje praktycznym narzędziem niezależnie od warunków i preferencji fotografa.

Zastosowany ekran LCD oferuje rozdzielczość 1,62 miliona punktów, dzięki czemu wyświetlany obraz jest odpowiednio szczegółowy, a przeglądanie zdjęć czy kontrolowanie kadru nie sprawia problemów. Sam ekran dobrze wpisuje się w konstrukcję aparatu i nie wystaje poza obudowę. Ma to znaczenie zarówno dla estetyki, jak i wygody codziennego użytkowania, szczególnie gdy aparat często nosimy ze sobą.

Muszę jednak przyznać, że sposób obsługi wyświetlacza wymagał ode mnie przyzwyczajenia. Na co dzień korzystam z Sony A6700, w którym zastosowano inny mechanizm odchylania ekranu. W przypadku Fujifilm trzeba więc nieco zmienić swoje przyzwyczajenia, zwłaszcza podczas fotografowania pod nietypowymi kątami. Nie jest to poważna wada, a raczej kwestia przyzwyczajenia się do odmiennej konstrukcji. Po pewnym czasie można się do niej przyzwyczaić i korzystać z ekranu bez większych problemów.

Nieco więcej zastrzeżeń mam do wbudowanego uchwytu, czyli gripa. Jest on większy niż w modelu X-E4, co teoretycznie powinno przełożyć się na pewniejszy chwyt, ale w moim przypadku nie zawsze tak było. Podczas fotografowania kilkukrotnie miałem obawy, że aparat może wyślizgnąć mi się z dłoni. Szczególnie odczuwałem to podczas dłuższego użytkowania, kiedy pewność chwytu staje się równie ważna jak komfort obsługi pozostałych elementów.

Z tego powodu zdecydowałem się korzystać z paska nadgarstkowego Peak Design Cuff, który zapewniał mi dodatkowe poczucie bezpieczeństwa. Nie jest to akcesorium, którego potrzebuje każdy użytkownik, ale w moim przypadku okazało się bardzo przydatne.

Uważam, że producent mógłby zdecydować się na nieco większy i głębszy grip. Poprawiłoby to pewność chwytu, szczególnie podczas fotografowania jedną ręką, a także zwiększyłoby komfort w trakcie dłuższych sesji. Nie sądzę przy tym, aby taka zmiana znacząco zaburzyła proporcje czy estetykę aparatu. Rozumiem, że w tej konstrukcji liczą się kompaktowe wymiary i charakterystyczna stylistyka, jednak ergonomia nie powinna schodzić na dalszy plan. Nawet niewielka poprawa w tym zakresie mogłaby sprawić, że aparat leżałby w dłoni pewniej, bez konieczności sięgania po dodatkowe akcesoria.

Autofocus

Autofokus to jeden z elementów, w których Fujifilm X100VI wyraźnie przewyższa swojego poprzednika, model X100V. Nie oznacza to oczywiście, że starszy aparat miał poważne problemy z ustawianiem ostrości. Dopiero bezpośrednie porównanie obu generacji pokazuje jednak, jak duży postęp udało się osiągnąć producentowi. W X100VI ustawianie ostrości jest szybkie, sprawne i niemal bezgłośne, co docenią zarówno osoby fotografujące na ulicy, jak i użytkownicy, którym zależy na dyskretnej pracy aparatu.

Podczas fotografowania w trybie ciągłego autofokusa aparat dobrze radził sobie z utrzymywaniem ostrości na wybranym obiekcie. Nawet gdy poruszałem aparatem lub fotografowany obiekt zmieniał swoje położenie w kadrze, system skutecznie podążał za nim i nie miał większych problemów z zachowaniem ostrości. To szczególnie ważne w fotografii ulicznej, gdzie sytuacja potrafi zmienić się w ułamku sekundy, a fotograf nie zawsze ma czas na ponowne ustawianie parametrów czy ręczne korygowanie ostrości.

Udoskonalono również rozpoznawanie fotografowanych obiektów. Podobnie jak w poprzedniej generacji, X100VI potrafi wykrywać ludzkie twarze i oczy, co znacznie ułatwia wykonywanie portretów. Nowością jest natomiast rozszerzenie możliwości śledzenia ostrości o kolejne kategorie obiektów, w tym zwierzęta, ptaki, samochody i inne pojazdy. Dzięki temu aparat staje się bardziej uniwersalny i lepiej radzi sobie w zróżnicowanych sytuacjach fotograficznych.

Nie wszystkie te funkcje będą równie przydatne w aparacie wyposażonym w stałoogniskowy obiektyw 23 mm. O ile rozpoznawanie twarzy, oczu czy zwierząt może okazać się pomocne w wielu codziennych sytuacjach, o tyle śledzenie pojazdów będzie miało bardziej wyspecjalizowane zastosowanie. Mimo to dobrze, że Fujifilm nie ogranicza użytkownika do podstawowych możliwości autofokusa. W trakcie testów śledzenie samochodów działało bardzo dobrze, a aparat skutecznie utrzymywał ostrość na wybranym obiekcie.

W praktyce to właśnie szybkość działania i niezawodność autofokusa robią największą różnicę. Fujifilm X100VI nie tylko sprawniej ustawia ostrość niż X100V, ale też daje większe poczucie kontroli nad fotografowaną sceną. Nie trzeba tak często zastanawiać się, czy aparat zdąży zareagować na zmieniającą się sytuację. Można skupić się na kompozycji, świetle i uchwyceniu odpowiedniego momentu, a to w aparacie przeznaczonym między innymi do fotografii ulicznej ma ogromne znaczenie.

Zdjęcia

Jakość zdjęć oferowana przez Fujifilm X100VI zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Poprzedni model, X100V, wyznaczył wysoki poziom, do którego trudno było mieć większe zastrzeżenia. Oczekiwania wobec następcy były więc spore, ale nowa generacja nie tylko im sprostała, lecz także w kilku aspektach daje fotografowi jeszcze większe możliwości. Matryca APS-C o rozdzielczości 40,2 Mpix jest mi zresztą dobrze znana z modelu Fujifilm X-T5, dlatego wiedziałem, czego można się po niej spodziewać. Cieszę się, że X100VI oferuje równie wysoki poziom szczegółowości, zachowując przy tym charakterystyczny dla tej serii sposób odwzorowania obrazu.

Zdjęcia są ostre i pełne detali, a kontrast pozostaje na bardzo dobrym poziomie. Nawet przy dokładniejszym oglądaniu fotografii trudno znaleźć powody do narzekania na jakość obrazu. Większa rozdzielczość matrycy daje również dodatkowy margines swobody podczas kadrowania. To przydatne, gdy po powrocie z fotografowania chcemy nieco zmienić kompozycję lub wyeksponować konkretny element sceny, nie rezygnując przy tym z dobrej szczegółowości. W połączeniu z uniwersalną ogniskową obiektywu X100VI staje się dzięki temu aparatem, który potrafi sprostać wielu różnym zadaniom.

Dużą rolę odgrywa również kolorystyka, z której słyną aparaty Fujifilm. Producent od lat oferuje charakterystyczne profile obrazu, a ich efekty są jednym z powodów, dla których wielu fotografów wybiera właśnie ten system. Domyślna symulacja filmu Provia zapewnia przyjemne, zrównoważone kolory, które wyglądają naturalnie, a jednocześnie nie brakuje im odpowiedniego nasycenia. To uniwersalny punkt wyjścia zarówno do fotografowania codziennych sytuacji, jak i krajobrazów czy zdjęć z podróży. Jeśli jednak taki charakter obrazu nie przypadnie nam do gustu, możemy sięgnąć po inne profile i dopasować wygląd zdjęć do własnych upodobań.

Fujifilm X100VI oferuje łącznie 20 symulacji filmowych, wśród których znalazła się również Reala Ace, debiutująca w aparacie z serii X. To nie tylko ciekawy dodatek dla osób lubiących eksperymentować z kolorami, ale przede wszystkim praktyczne narzędzie pozwalające uzyskać atrakcyjny efekt bez konieczności późniejszej obróbki. Wystarczy wybrać odpowiednią symulację, aby nadać zdjęciom określony charakter już na etapie fotografowania. Można w ten sposób zaoszczędzić czas, a przy okazji wypracować własny styl. Bardziej zaawansowani użytkownicy mogą pójść o krok dalej i tworzyć własne receptury, łącząc symulacje z indywidualnymi ustawieniami parametrów obrazu.

Warto również wspomnieć o pracy na wysokich czułościach ISO. Większa rozdzielczość matrycy oznacza mniejsze pojedyncze piksele niż w X100V, co w teorii może przekładać się na większą widoczność szumu przy słabym oświetleniu. W praktyce różnice nie są jednak tak dotkliwe, jak można byłoby się spodziewać. Zdjęcia wykonane przy ISO 6400, a nawet ISO 12800, nadal mogą być użyteczne, szczególnie jeśli zależy nam na uchwyceniu konkretnego momentu, a nie laboratoryjnej czystości obrazu. Oczywiście wiele zależy od warunków oświetleniowych, ekspozycji i oczekiwanego efektu, ale nie traktowałbym wysokich wartości ISO jako powodu do unikania fotografowania po zmroku. Co więcej, porównując zdjęcia wykonane X100VI i X100V, trudno dostrzec tak dużą różnicę w poziomie szumu, jak sugerowałyby same parametry matryc.

Na uwagę zasługuje także menu symulacji i możliwość zapisywania własnych ustawień. Fujifilm poprawiło obsługę niestandardowych receptur, dzięki czemu menu może otwierać się na ostatnio używanym profilu. Dodano również możliwość szybkiego powrotu do ustawień domyślnych, co ułatwia eksperymentowanie bez obawy, że zgubimy się wśród wprowadzonych zmian. Nadal dostępnych jest jednak tylko siedem miejsc na własne konfiguracje. To wystarczająco dużo, aby zachować kilka ulubionych stylów fotografowania, ale osoby często testujące nowe receptury będą musiały dokonywać selekcji.

Ostatecznie jakość obrazu jest jedną z najmocniejszych stron Fujifilm X100VI. Aparat łączy wysoką szczegółowość, przyjemne odwzorowanie kolorów i rozbudowane możliwości personalizacji zdjęć prosto z aparatu. Nie oznacza to, że każdy użytkownik musi korzystać z symulacji filmowych czy fotografować na wysokich czułościach ISO, ale dobrze wiedzieć, że możliwości w tym zakresie są naprawdę szerokie. W porównaniu z poprzednikiem otrzymujemy więcej swobody podczas kadrowania i jeszcze większy potencjał twórczy, a jednocześnie zachowany zostaje charakter obrazu, który od lat stanowi jeden z największych atutów aparatów Fujifilm.

Bateria

Czas pracy na baterii pozostaje jedną z największych słabości serii Fujifilm X100 i niestety X100VI nie przynosi pod tym względem przełomu. Był to jeden z elementów, do których miałem największe zastrzeżenia w przypadku poprzednika, czyli X100V, dlatego liczyłem, że nowszy procesor i związane z nim usprawnienia w zarządzaniu energią przyniosą wyraźną poprawę. W praktyce różnica nie jest jednak na tyle duża, aby zapomnieć o konieczności regularnego kontrolowania poziomu naładowania akumulatora.

Podczas intensywnego fotografowania, szczególnie w trakcie podróży, można dość szybko rozładować akumulator. Jeśli spędzamy cały dzień na zwiedzaniu, robimy dużo zdjęć, często korzystamy z wizjera elektronicznego i przeglądamy wykonane fotografie na ekranie, zapas energii potrafi stopnieć szybciej, niż można byłoby oczekiwać. W takich warunkach jeden akumulator może nie wystarczyć na cały dzień, a przy bardziej intensywnym użytkowaniu trzeba liczyć się z koniecznością wymiany go na kolejny.

Z tego względu zakup dodatkowych akumulatorów uważam za niemal obowiązkowy wydatek dla osób, które zamierzają regularnie zabierać X100VI w podróże lub fotografować przez wiele godzin bez dostępu do gniazdka. Warto mieć przy sobie przynajmniej jeden zapasowy egzemplarz, a podczas dłuższych wyjazdów rozważyć zabranie jeszcze większego zapasu. Pozwoli to uniknąć sytuacji, w której aparat przestanie być gotowy do pracy w najmniej odpowiednim momencie.

Pewnym rozwiązaniem jest również ładowanie aparatu za pomocą powerbanku. Fujifilm X100VI można uzupełniać energię przez USB-C, co daje dodatkową elastyczność podczas podróży i pozwala ograniczyć ryzyko pozostania bez działającego aparatu. Nie jest to jednak szczególnie szybki proces, dlatego lepiej traktować go jako sposób na podtrzymanie poziomu naładowania lub uzupełnienie energii podczas przerwy niż jako pełnoprawny zamiennik dodatkowych akumulatorów.

Ostatecznie słaba wydajność energetyczna pozostaje kompromisem, z którym trzeba się pogodzić, decydując się na ten model. Nie przekreśla to zalet aparatu, ale wymaga nieco lepszego planowania, zwłaszcza podczas wyjazdów i intensywnych sesji fotograficznych. Szkoda, że producent nie poprawił tego aspektu w większym stopniu, ponieważ dłuższy czas pracy na jednym ładowaniu jeszcze bardziej zwiększyłby wygodę korzystania z X100VI.

Podsumowanie

Fujifilm X100VI to aparat, który udowadnia, że za charakterystycznym wyglądem i modą na symulacje filmowe kryje się naprawdę dopracowane narzędzie fotograficzne. Nie jest to jedynie stylowy gadżet dla miłośników retro, lecz sprzęt oferujący wysoką jakość zdjęć, szczegółową matrycę APS-C o rozdzielczości 40,2 Mpix oraz szybki i skuteczny autofokus. Na szczególne uznanie zasługuje również hybrydowy wizjer, który w praktyce okazał się jednym z moich ulubionych elementów aparatu. Do tego dochodzą charakterystyczne pokrętła, solidne wykonanie i rozbudowane symulacje filmowe, pozwalające uzyskać atrakcyjne rezultaty bez konieczności spędzania długich godzin przed komputerem.

Największą zaletą X100VI jest jednak sposób, w jaki zachęca do fotografowania. Stałoogniskowy obiektyw o ekwiwalencie 35 mm, kompaktowa konstrukcja i intuicyjna obsługa sprawiają, że aparat doskonale nadaje się na spacery, wyjazdy oraz do fotografii ulicznej. Większa rozdzielczość matrycy daje dodatkową swobodę kadrowania, a udoskonalony autofokus pozwala pewniej uchwycić ulotne momenty. To sprzęt, który nie przytłacza nadmiarem funkcji, a jednocześnie oferuje możliwości wystarczające nawet dla bardziej wymagających fotografów.

Nie oznacza to jednak, że jest to aparat pozbawiony wad. Największym rozczarowaniem pozostaje czas pracy na baterii, który podczas intensywnego fotografowania wymusza korzystanie z dodatkowych akumulatorów lub powerbanku. Nie do końca przekonał mnie również grip, który mógłby zapewniać pewniejszy chwyt. Do tego dochodzi wysoka cena, szczególnie trudna do zaakceptowania dla osób oczekujących uniwersalności aparatu z wymienną optyką. Stałoogniskowy obiektyw jest jednocześnie zaletą i ograniczeniem — uczy świadomego kadrowania, ale nie sprawdzi się równie dobrze w każdej sytuacji.

Czy Fujifilm X100VI jest wart swojej ceny? To zależy przede wszystkim od oczekiwań. Jeśli szukacie uniwersalnego aparatu do każdego rodzaju fotografii, rozsądniej będzie zainteresować się innymi konstrukcjami. Jeżeli jednak cenicie kompaktowe rozmiary, świetną jakość obrazu, klasyczną obsługę i możliwość uzyskiwania charakterystycznych kolorów bez dodatkowej obróbki, X100VI ma naprawdę wiele do zaoferowania.

Po kilku tygodniach użytkowania rozumiem, dlaczego ta seria wzbudza tak duże zainteresowanie. Nie jest to aparat idealny i nie uważam, że sama moda uzasadnia jego wysoką cenę. Pod względem fotograficznym X100VI broni się jednak sam — jakością zdjęć, szybkością działania i przyjemnością fotografowania. To właśnie ta ostatnia cecha sprawia, że mimo kilku istotnych kompromisów trudno przejść obok niego obojętnie.