Exlantix ES trafił do mnie na test w wersji Premium – tej jedynej, bo Chińczycy nie bawią się w pakiety i opcje. To pięciometrowy liftback z koncernu Chery, stylizowany przez Pininfarinę, który od razu rzuca się w oczy jako coś nowego na polskim rynku premium.
W końcu to nie jest kolejny „chińczyk za grosze”, tylko auto aspirujące do ligi z Teslą Model S czy nawet Porsche Taycanem, ale z zupełnie innym podejściem: wszystko w standardzie i to na poziomie, o jakim Niemcy mogą pomarzyć. Maksymalne wyposażenie to tutaj nie slogan. Jest absolutnie wszystko – od foteli z masażem, wentylacją i ogrzewaniem przez Nappę i Alcantarę, przez 23-głośnikowe audio z Dolby Atmos, head-up display 21 cali, panoramiczny dach z powłoką antyrefleksyjną, po systemy ADAS na poziomie L2+ i… dociągane drzwi.
Tak, naciskasz hamulec i one same się domykają z tym charakterystycznym, premium „klik”. Do tego pneumatyczne zawieszenie z adaptacyjną regulacją CDC, 800-woltowa architektura, bateria 100 kWh i dwa silniki dające razem około 480 KM. Na papierze brzmi jak sprzęt z górnej półki, a cena? Zaporowa – 329 900 zł. To kwota, przy której wielu kręci nosem, bo jednak konkurencja z Niemiec czy Korei potrafi być tańsza przy podobnych osiągach. Ale o tym za chwilę.
W moim teście postanowiłem sprawdzić, jak to chińskie cudo radzi sobie nie tylko na autostradzie, ale i na typowo polskich drogach – od szybkich tras na Mazurach po kręte, dziurawe odcinki w górach. Bo na suchych liczbach (0-100 km/h w 4,2 s) każdy potrafi napisać, że jest szybko. Ja chciałem poczuć, czy to auto naprawdę daje frajdę i komfort na co dzień. I wiecie co? Dało.
Zawieszenie jest bardzo miękkie – w trybie Comfort po prostu płynie nad nierównościami jak na poduszce powietrznej. Na polskich „autostradach z torem przeszkód” to zbawienie, bo większość dziur po prostu znika, ale znika też poczucie kontaktu auta z podłożem.
Na szczęście jest pneumatyczne i w trybie Sport wyraźnie się usztywnia, wtedy auto staje się bardziej precyzyjne i daje świetny kontakt z nawierzchnią. W ciasnych zakrętach przy 180 km/h czuje się stabilność i pewność, a te 480 koni wbija w fotel bez mrugnięcia okiem. Do tego rewelacyjne wyciszenie – jadąc 140 km/h nie słyszałem praktycznie nic z zewnątrz, nawet karetki na sygnale obok.
Zużycie na trasie mieszanej wyszło mi poniżej 20 kWh/100 km, a na autostradzie przy 130 km/h spokojnie 22–23 kWh. Jak na duże, ciężkie auto (ponad 2 tony) to naprawdę dobry wynik. Do tego całkiem szybko się ładujące. Producent obiecuje 290 kW, a ja miałem nawet więcej 297 kW. Co daje zakres 10%-80% w 21 minut.
Osiągi są fenomenalne, prowadzenie stabilne, a wnętrze mega przestronne – z tyłu nawet wysoki pasażer ma miejsce na nogi jak w klasie S. Materiały wykończeniowe na poziomie europejskiego premium, zero „plastiku za grosze”. System multimedialny jest szybki, ale trzeba się do niego przyzwyczaić – trochę zawiły, jak to w chińskich autach.
Podsumowując: Exlantix ES to auto, które zaskakuje komfortem, wyciszeniem, wyposażeniem i frajdą z jazdy. Za te pieniądze dostajesz więcej bajerów i lepszą specyfikację niż w wielu droższych Niemcach. Tylko ta zaporowa cena… No właśnie. Gdyby była o 50–70 tys. niższa, to byłoby auto, o którym wszyscy by mówili „game changer”. A tak? Jest świetne, ale trzeba naprawdę chcieć chińskie premium i mieć kasę, żeby to sobie kupić. Ja po tygodniu testu wiem jedno – wrócę do niego jeszcze nie raz, bo jeździ się nim po prostu przyjemnie.















