Tesla Y Performance to definicja SUV

Tesla Model Y Performance z 2026 roku trafiła do mnie na test. Chyba żadnego innego auta nie znam tak dobrze jak Tesli, w końcu mam dwie trójki na podwórku.

Jednak w modelu Y Performance po liftingu Juniper mamy sporo zmian względem wersji bazowej. Inny przedni zderzak, spojler i dyfuzor z tyłu, kubełkowe fotele Performance (wyłącznie w tej wersji!), wstawki z włókna węglowego we wnętrzu, większą moc silników, specjalne opony na 21-calowych felgach i przede wszystkim nowe adaptacyjne zawieszenie – takie, jakie Tesla stosuje po raz pierwszy w Y.

Zmian jest naprawdę dużo, biorąc pod uwagę dość mały wzrost ceny względem modelu Premium AWD. Mimo że w aucie mamy tryb Insane i możliwość zabawy balansem napędów, to pewnie te auta będą użytkowane głównie na drogach cywilnych. W moim teście postanowiłem połączyć środowiska i zabrać Model Y Performance na trochę mazowieckich krętych dróg – mieszanka szybkich łuków, dziur i normalnego ruchu.

Nowe zawieszenie w Performance to adaptacyjne amortyzatory – genialne i częściowo aktywne, z trybami Standard i Sport. W trybie Sport reagują naprawdę szybko, co przekłada się na lepszą kontrolę nadwozia. Y jeździ w zakrętach jak przylepione, poziom naprawdę rzadko osiągalny w innych SUV-ach. Dla mnie w wersji Sport było absolutnie optymalne – spędziłem w tym trybie większość testu, czyli ponad 2000 km. Nie ma już starego (z poprzednika Y Performance) zbyt sztywnego charakteru, teraz jest precyzyjne, sztywne tam gdzie trzeba, ale jednocześnie komfortowe na co dzień. W zakrętach przydaje się też moc – około 500 KM dająca 3,5 s do setki. Y Performance to jak na BEV lekkie auto – waży trochę ponad 2000 kg, na tle konkurencji to naprawdę mało.

Genialne są też fotele Performance – nie ma ich w innych wersjach Y, a bardzo szkoda, dla samych foteli bym brał wersję Perfo. Grubsze boczne podparcie, wentylacja, regulowane podparcie lędźwiowe i ten charakterystyczny „hug” – trzymają jak kubełki, ale nie męczyły nawet po kilku godzinach za kółkiem. Na tle standardowych siedzeń w Premium to zupełnie inna liga – wygodniejsze, bardziej sportowe i po prostu lepsze na dłuższe dystanse.

Najsłabszym elementem są hamulce – przy ostrej jeździe trochę się grzeją i pedał robi się miękki. Na zwykłej drodze nie będzie to problem, ale na torze już mogłoby być odczuwalne. Na co dzień hamowanie jest przewidywalne i tak regeneracja robi większość roboty.

A co do zużycia energii – w moim teście mieszanym (miasto, autostrada, te mazowieckie kręte drogi) auto wyciągało rewelacyjnie niskie 19-21 kWh/100 km, co przy mocy rzędu 500 KM jest po prostu kosmiczne. Na dłuższych trasach to ogromna oszczędność. Ładowanie nie jest najszybsze na rynku – 10-80% zajmuje realnie 28-35 minut przy mocy szczytowej (przez pare minut i tylko na Supercharger) 250 kW, więc na trasie trzeba trochę planować postoje. Ale najważniejsze: koszty utrzymania takiego 500-konnego spalinowego SUV-a (myślę tu o Porsche Macanie czy Audi RS Q) byłyby o rząd wielkości wyższe. Same oleje, filtry, płyny, hamulce co 15-20 tys. km i serwisy co rok to koszta, których w Tesli praktycznie nie ma. Regeneracja hamuje, brak oleju, minimalna obsługa – po prostu inna liga pod względem ekonomii.

Nie znam auta, które daje tak sportowe czucie, osiągi, możliwości zmiany ustawień i frajdę z jazdy za względnie niewielkie pieniądze, będąc jednocześnie rodzinnym SUV-em, w którym zmieścisz wózek, zakupy, czwórkę pasażerów i uśmiechasz się w każdym zakręcie. Aby móc chcieć więcej trzeba patrzeć już na auta dwa razy droższe. Po prostu petarda.

Podziel się